Ósme piętro.

Przymykam obolałe powieki, autobus usypia. Próbuję liczyć samochody, pułapka. Matryca znużona  liczbami zacina się w pierwszej dziesiątce. Nie widzę twarzy, twarzy obok. Chcę złapać ten moment gdy z kokonu wykluwa się noc. Na styku mroku niebo wycieka ultramaryną. Za szybą pędzi poprzecinana czerń.

Zabierz mnie stąd. Wydłużone cienie chwytają moje stopy. Przeprowadź mnie przez ósme piętro.

2 Komentarze

  1. Ten moment przechodzenia dnia w noc jest najciekawszy, może nie dla kierowców, ale obserwator może zauważyć niuanse zmroku. To wygląda jak zamykany wachlarz, najpierw lekka szarość, potem dodatek granatu, ale jeszcze daleko do czerni. Wszystko zamyka się w skąpanym w świetle ludzkich wynalazków w postaci lamp. Pozdrawiam

  2. To prawda. Ilekroć mam możliwość podglądania nieba tyle razy odczuwam podziw. Jest jeden punkt..gdy zieleń jeszcze nie podda się ultramarynie który ciągle mnie unosi. Gdyby namalować ktoś powie kicz…a ten kicz jest zachwycający tam wysoko.
    Świt ma inny wymiar barw. A ja lubię oboje zatrzymać w źrenicach.
    Pozdrawiam bardzo serdecznie Ciebie i przesyłam buziaki.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.