bestie

Notatka na marginesie

obudź się obudź się obudź mnie
wystrzelona raca
przestała udawać gwiazdę
z ciemności wylewają się krokodyle
surrealizm przymierza moje kości.
pęka szyba
w oczodołach zimno mości posłanie
dzieci zabierają się do konsumpcji
moich palców

Ósme piętro.

Notatka na marginesie

Przymykam obolałe powieki, autobus usypia. Próbuję liczyć samochody, pułapka. Matryca znużona  liczbami zacina się w pierwszej dziesiątce. Nie widzę twarzy, twarzy obok. Chcę złapać ten moment gdy z kokonu wykluwa się noc. Na styku mroku niebo wycieka ultramaryną. Za szybą pędzi poprzecinana czerń.

Zabierz mnie stąd. Wydłużone cienie chwytają moje stopy. Przeprowadź mnie przez ósme piętro.

A góry śniły mnie a ja góry

góry śniły i weszły w sen mój
słońce łamało granat chmur
a może to skały były niebem
przecięły błękitną gazę opatrunku
wbiły w świadomość
ukorzeniły świerkami
kamienne tablice ścieżki
zapisywały dekalog oddechu
myśli spływały każdą kroplą wody
żłobiąc  rysunek.
Byłam jednym z nich.
pokryta narastającym mchem.
Może kiedyś wyrośnie goryczka
i kobaltem zakwitnę pod palcami.

Deszcz

Notatka na marginesie

O usta rozbija się cisza
nie … to nie brak dźwięku,
to chmury biegną polaną niebieską.
Zbierają się kropliście,
granatowieją od biegu,
zanim spadną na dachy parasoli
wyciągają do siebie dłonie,
ocierają  brzuchate  policzki.
O usta rozbija się śmiech.
Zaczyna padać.
A ja nie mam parasola.

Biała morwa.

Notatka na marginesie

Przy drodze do pracy
przykucnęła morwa biała,
skrzydlaty sierpień
objął w posiadanie wyciągnięte ramiona.
Za chwilę posieje ciszę,
ale teraz jeszcze rozpisała nuty,
które na pięciolini  gałęzi
śpiewa końcówka lata.
Pod stopami rozgniecione owoce.
Słodkie. To wiedzą pszczoły i ja.

Spektakl.

Notatka na marginesie

Metaliczny dźwięk rozcina niebo,
kruszy sen uderzając w klawisze parapetu.
Otwieram okno by poczuć wiatr,
burząc osłonę bezpieczeństwa
staję się  kroplą.
Mogłabym  latać.
Tylko stopy boją się oderwać
od klonowych klepek.

W tobie śpiewam.

Z trzaskiem  gałązki pod stopami, z szelestem  zeszłorocznych liści dotykasz mnie. Jesteś szumem morza gdy wiatr rozgarnia przesłony zieleni i napływa błękit.
Odwracasz perspektywę gdy brodzę jagodowym lasem. Zaczepiam  o kolczaste jeżyny. Rozsiewam okraglutkie nasiona przytulicy, przenosząc  je na skraju sukienki. Małe koraliki zieleni na głębokim brązie.     Przez szorstkość kory czuję bicie serca.
Głaszczę wypukłość odciętego  ramienia. Przytulam policzek. Wsłuchując się w podskórne meandry rzeki śpiewam prastarą pieśń.
Powyżej nas narasta szum.
Pierwsze krople dotykają liści.
Jakbyś chciał ukryć moje łzy. Osłaniasz moje ramiona, zaledwie kropla, jak dotyk ust pieści  opaloną  skórę. Opowiadasz o dniach beze mnie i o mojej tęsknocie do ciebie.
Rosnę  pod pułap nieba.  Wspinam  się  z bluszczem. Faluję w paprociach. Maleńkie łebki podgrzybków  jak oczy niesfornych wiewiórek spoglądają spod sepi.  Powoli zamieniam  się w poduszki mchu.

Ciebie codziennej mi brak.

Zasypiać tak bardzo obok,
jakby powietrze nie miało
nas prawa  rozdzielić.
Cóż prawdziwsze
od świadomości ciebie wtedy,
poza ciepłem ud,
gdy sen powoli opuszcza  powieki.
Tak banalne pragnienie
jak zapach słońca na ramieniu,
koszuli twojej, mojej trzepoczącej,
kiedy rękaw o rękaw
próbują się pochwycić.
Jak dwa kubki odstawione
pośpiesznie na stole,
gdyż trzeba już  zbiegać schodami.
Tych zwyczajnych gestów spragniona, upijam drobnym łykami.
Na wargach osadza się ich smak.
Połóżmy  się na polu koniczyny,
niebo mamy  pod powiekami
przetarte dłonią, spójrz
palce przybrały barwę lnu.
Chodź …. pszczoły brzeczą  słodkim
zapachem lipowego  miodu.
Ciebie codziennej mi brak.